„Good morning Dublin! It’s been a while”! Takimi słowami przywitaliśmy Dublin. Ta chwila trwała dokładnie 9 lat! Jesteśmy ogromnie ciekawi, jak zmieniło się to miasto przez taki czas!

Mamy wielki sentyment do stolicy Irlandii.

Spędziliśmy tu wspólnie 3 miesiące (M. nieco dłużej) i wspominamy je z uśmiechem na twarzy. Choć byliśmy innymi osobami – ja w trakcie studiów, z zagwozdkami „co dalej?”, M. akurat rzucił studia i też szukał pomysłu na siebie.

img_20160926_142405_m

Znalezienie pracy w tamtym okresie nie należało do trudnych, ale swoje kilometry przemierzyłam autobusem i na nogach – czy to do pośrednika pracy, czy do kafejki intenetowej. Trafiłam jednak na pracę, która rozwinęła mnie jako człowieka. W ostatni dzień płakałam jak bóbr, że muszę opuścić ludzi, którzy stali mi się tak bliscy.

To właśnie tu poznałam Kasię.

Jak pewnie zdążyliście zauważyć – jestem wielką fanką „spania u ludzi”. Owszem, są wyjazdy kiedy fajnie jest zaszyć się w hotelu i odsapnąć, jednak o wiele więcej zyskujemy, gdy śpimy u lokalsów. Dlatego też odezwałam się do Kasi, która w Dublinie mieszka już kupę lat (a w te wakacje de facto ma zamiar wrócić do Polski). Odpowiedź pełna entuzjazmu: „oczywiście, wpadajcie!”.

Dublin powitał nas wielkim słońcem. Cóż za szczęście!

Z lotniska odebrała nas Kasia ze swoim mężem. Zabrali nas do swojego mieszkania w pięknej, zielonej dzielnicy Finglas (obok której zresztą pracowałam) w północnej części miasta. Zacznijmy od brytyjskiego śniadania! Ja – unikająca mięsa i tłustych potraw, padłam 😊 Była fasolka, kiełbaski, boczek, jajka. Spróbowałam! Do jedzenia porcja rozmów – musimy nadrobić całe 9 lat, a trzeba przecież znaleźć czas na odwiedzenie centrum. Planujemy pogaduszki na wieczór!

img_20160926_113943_m

Zaczynamy przygodę!

Opcje są dwie – całodzienna wycieczka na Howth (półwysep na północnym-wschodzie, na którym zobaczyć można piękne krajobrazy, poznać ciekawą historię, to jeszcze zjeść świeże ryby i owoce morza) lub włóczenie się po mieście. Zdania są podzielone, ale wygrywa M. Idziemy w miasto!

img_20160926_142401_m

Trafiamy na główną ulicę Dublina – O’Connell Street czyli miejsce ze słynną The Spire (Szpilą). Okazuje się, że miasto jest w ogólnym wielkim remoncie, bo wprowadzają powoli kolejny środek transportu – tramwaj. O’Connell wygląda jak małe pobojowisko, bez swojego wdzięku. Idziemy szukać ulubionych frytek z octem M. na które często chodził po pracy. Niestety, knajpka zamknięta. Idziemy dalej, w miejsca mi nie znane, a zapamiętane dobrze przez M.

Bo wiecie, mam taką niebywałą zdolność. Potrafię trafić w miejsce, w którym już byłam i go nie pamiętać. Oglądać film, który już widziałam, i nie wiedzieć jak się skończył. Upatruję w tym jedynie zalet – za każdym razem zachwycam się jak po raz pierwszy!

M. powiedział, że ma niespodziankę! Szliśmy przed siebie, podziwiając zabudowę typowo brytyjską (którą uwielbiam), aż tu nagle trafiliśmy na Kennedy’s Bar, miejsce, w którym pracował M., a raczej wylewał siódme poty. Stare skórzane sofy, sfatygowane drewno i szeroki wybór piw craftowych. This is it! Usiedliśmy wygodnie, zamówiliśmy po pincie piwa, rozmawialiśmy i obserwowaliśmy tętniące życiem miasto.

img_20160926_145021_m

Spacerem dotarliśmy do Trinity College (irlandzka uczelnia z tradycjami sięgającymi 1592 rok), czyli studenckie miejsce, w którym tak lubiłam bywać. Piękny dziedziniec, na którym zawsze wiele się dzieje, park, w którym studenci uczą się do egzaminów albo relaksują się ze znajomymi. Mały powrót do tamtych czasów!

Naszym celem była Grafton Street (ponoć jedna z najdroższych ulic Dublina i całej Irlandii), centrum handlowe Stephens Green i park St. Stephens Green. Po drodze szukamy pomnika Pani z wózkiem – przez te wszystkie remonty zniknęła! Trafiamy do parku, rozkładamy się na mały piknik i tak spędzamy kolejną godzinę. Zahaczamy jeszcze o centrum handlowe zaraz obok. Urzeka mnie swoim wyglądem za każdym razem kiedy tam jestem. Może nieco groteskowa, może dzieło sztuki? Zobaczcie TU.

img_20160926_162746_m

Na obiad podążamy do Woollen Mills, restauracji polecanej przez TripAdvisor. Zapowiada się pyszne jedzenie. Ja wybieram wersję zdrową – bakłażany w panierce, hummus, veggie sticks. M. burgera z irlandzkiej wołowiny – no bo jakżeby inaczej! Zapełniamy brzuchy i z wielkimi uśmiechami idziemy dalej.

img_20160926_174012_m

Powoli zmierzamy w stronę przystanku. Nie mamy zbyt wiele czasu, bo rano wylatujemy do kolejnego miasta, a chcemy porozmawiać jeszcze z Kasią. Robimy zakupy, wsiadamy do autobusu jedziemy do Finglas.

Autobus powoli przejeżdża przez centrum, jeszcze wolniej przemyka przez uliczki na obrzeżach miasta. Mamy okazję by podziwiać te domki po zachodzie słońca, wypatrywać ludzi przez okna. Docieramy do Kasi, rozmów nie ma końca, a trzeba iść spać. Zbieramy siły na kolejny dzień, bo kolejne wyzwanie przed nami!

img_20160927_095635_m


Byliście kiedyś w Dublinie? Ciekawa jestem jak Wam się tam podobało!


Miejsca, które odwiedziliśmy:


Przeczytaj:

3 kraje w 3 dni: Glasgow/Szkocja [cz.1]

3 kraje w 3 dni: Birmingham/Wielka Brytania [cz.3]

Zapisz

Zapisz

Zapisz