Po głowie nie raz chodzą nam szalone pomysły. Pytanie tylko, jak często je realizujemy, czy nie pozostają tylko w sferze marzeń? A może myślimy, że są zbyt szalone? Tak też myśleliśmy o naszym krótkim acz intensywnym październikowym wypadzie na wyspy! Mimo to, stwierdziliśmy „let’s do it”!

Pierwszym nie do końca normalnym punktem był wylot z… Poznania! Nawet Pan Sprawdzający Paszporty zapytał, czy nie łatwiej byłoby lecieć z Katowic? „No łatwiej! Ale czy lepiej?!”.

Za Poznaniem stał olbrzymi argument, który nazywa się „Raj i Ruina” czyli miejsca, które od dawna chciałam odwiedzić! Zjedliśmy pysznego Pad Thaia i Pho Bo Hanoi czyli makaron w aromatycznym bulionie. Na deser kawa i serniczek z mango. Dobry początek podróży!

img_20160924_151955_m

O godz. 20 zawitaliśmy w Glasgow. Szkocja przywitała nas sporym deszczem i lekkim zagubieniem. Ciemno, głucho, cicho. Z dworca do hostelu mieliśmy kawałeczek. Szybki spacer, rozglądamy się dookoła jak dzieci w wesołym miasteczku. Tyle nowych bodźców!  Jeszcze tylko zakupy w sklepie i kolacja w pokoju. Zbieramy siły na cały kolejny dzień!

Niedziela to nasz czas w Glasgow. Chyba nie mogliśmy lepiej wybrać! Cisza, spokój, miasto powoli budzi się do życia.

Wiedziałam, co możemy zobaczyć, gdzie zjeść. Zawsze jestem przygotowana. Jednak decyzja była prosta: idziemy przed siebie. Pogoda w kratkę: słońce, deszcz, mżawka, ulewa, słońce i tak w kółko. Parasolkę składałam, ubierałam okulary przeciwsłoneczne, zakładałam kaptur, ściągałam okulary. No tak, pogoda na wyspach! Już zapomniałam jak to było.

img_20160925_093324_m

Zawędrowaliśmy niespiesznie do Glasgow Green, podziwiając po drodze gotycką zabudowę, zabite witryny sklepowe, mały ukryty kościółek, okazały most. Wchodząc do parku oślepia nas blask niebywałej zieleni. Magia deszczu.

img_20160925_095140_m

Spacerem przez małe osiedle i niedzielny targ, mając już mokre nogawki spodni zawędrowaliśmy do Necropolis, wiktoriańskiego cmentarza z 1832 roku, który zrobił na nas, a w szczególności na M. wielkie wrażenie! Wrócimy tu na pewno, bo deszcz i chłód pokrzyżował nam plany. Nie mniej jednak, w miejscu tym powiewa takim spokojem… Do tego soczysta zieleń, widoki na katedrę i całe miasto.

img_20160925_102932_m

W owej katedrze (Glasgow Cathedral) na godz. 11 zaplanowana była msza. Zostaliśmy na nią zaproszeni przez wiernych, którzy uczestniczą w życiu Kościoła Szkocji (to prezbiteriański nurt kalwinizmu), a których spotkaliśmy w środku. Podróże dają nam tę możliwość poznania innych kultur – w tym również ich wiarę. Miłe przeżycie, tym bardziej, że po mszy zostaliśmy zaproszeni na herbatkę. Innym razem 😉

img_20160925_103739_m

Niedziela nie sprzyjała wizytom w małych kawiarenkach na śniadanie (praktycznie wszystkie zamknięte!), a nasze brzuchy wołały już o małe doładowanie. Trafiliśmy zatem do kawiarni Papercup Coffee Company, która serwuje alternatywnie parzone kawy (z możliwością zakupu akcesoriów) i pyszne śniadania. Zmarznięta wybrałam kanapkę na ciepło z opalanym bakłażanem i hummusem, a M. śniadaniowego burgera z jajkiem sadzonym i boczkiem. Doładowanie jest! Jeszcze chwila na rozmowy i cieszenie się ciepłem, by za chwilę ruszyć dalej.

img_20160925_123327_m

Mamy takie momenty w podróży, kiedy chcemy zobaczyć jakieś muzeum, plac czy inny zabytek, ale tak samo bardzo chcielibyśmy usiąść w barze, na krawężniku czy na ławce i cieszyć się chwilą, złapać atmosferę miejsca.

Tak właśnie trafiliśmy do Drygate Brewery – pierwszego browaru w Wielkiej Brytanii, który eksperymentował z piwem kraftowym. Nasze zamiłowanie do tychże piw jest spore (M. testuje, smakuje, a czasem nawet zrobi!), więc z przyjemnością, lekkim truchtem (by się rozgrzać!) zmierzaliśmy w tamtą stronę.

img_20160925_131901_m

Browar w środku ma sporo miejsca. Na wielkiej sali można się czegoś napić, zjeść, ale i obserwować przez szybę pracę browarników czy nawet wybrać się na zwiedzanie. Menu degustacyjne jest różnorodne, smaki warte przetestowania, a ja i tak zakochałam się w ichniejszych etykietach. Jak ja lubię takie niestandardowe projekty!

img_20160925_183812_m

Udało nam się porozmawiać nieco z jednym z barmanów, przy tym sami podzieliliśmy się piwnymi wrażeniami prosto z Polski i wyruszyliśmy dalej. Zahaczając o hostel, gdyż z racji okropnego zimna musiałam narzucić na siebie jeszcze warstwę w postaci bluzy, po konkretnym spacerze (zaliczając deszcz chyba milion razy) dotarliśmy na piękny dziedziniec University of Glasgow i do Kelvingrove Art Gallery & Museum, które… zamykali za 30 minut. Ups! Trudno. Bez żadnego stresu zawróciliśmy, po drodze uczestnicząc w konkursie młodzieżowych zespołów i małych przystojniaków grających na gitarach.

img_20160925_165410_m

Droga powrotna to (oczywiście deszcz i słońce) podziwianie brytyjskiej zabudowy i rozmowy bez końca. Wracamy, by jutro z samego rana wsiąść do samolotu i po godzinie powiedzieć „Hello Dublin!” It’s been a while!”.

img_20160925_170527_m

Ale o tym już wkrótce!

Miejsca, które odwiedziliśmy:

Przeczytaj:

3 kraje w 3 dni: Dublin/Irlandia [cz.2]

3 kraje w 3 dni: Birmingham/Wielka Brytania [cz.3]

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz